Na pewno znacie ten stan – wpadacie na świetny pomysł, dzielicie się nim ze wszystkimi, których znacie, cali palicie się do roboty, podekscytowani zaczynacie pracę, idzie jak z płatka… Jakoś przez godzinę.
   Bycie zmotywowanym jest super, ale – nie oszukujmy się – zazwyczaj nie trwa zbyt długo. I na pewno zdarzyło Wam się nie skończyć rzeczy, do których się zapaliliście, nie zrealizować planów, postanowienia porzucić w połowie, zapomnieć o ekscytacji, odłożyć na półkę nawet najlepsze pomysły.

   Są poradniki o motywacji, ba – są całe półki, regały, segmenty poradników o motywacji, są niezmierzone wody Internetu, w których motywacja zrobiła przez lata zawrotną karierę i odmieniana przez wszystkie przypadki doładowuje nasz entuzjazm, energię i poczucie, że przecież możemy wszystko, to takie proste. I kiedy coś nam znowu nie wyszło, myślimy, że to przez brak motywacji.
   A przecież książki nie piszą się samą motywacją, igrzyska nie wygrywają czystym entuzjazmem, przełomowe odkrycia nie zdarzają się w czasie scrollowania mediów społecznościowych, języki obce same nie wchodzą do głów. Motywacji wystarcza zazwyczaj na podjęcie decyzji, na wykonanie potrzeba czegoś więcej.
  Ciężkiej pracy, systematyczności, wytrwałości, godzin treningu. W skrócie – dyscypliny. A właściwie samodyscypliny. Brzmi okropnie, prawda? Tylko krew, pot i łzy, żadnych pozytywnych skojarzeń. Samemu sobie taką katorgę? W życiu!

   A gdyby tak zapomnieć na chwilę o samym słowie… Wtedy mamy codzienność, w której wykonujemy zaplanowane czynności, w której nie dostajemy palpitacji serca na myśl o deadlinach, w której sami spełniamy swoje marzenia, nie czekając, aż ktoś to zrobi za nas. Albo aż się samo zrobi. W której mamy kontrolę i spokój. Brzmi dużo lepiej? 
   I tu pojawiają się te wszystkie nawyki, o których wyrabianiu wszyscy już tyle czytali, ale jeszcze nikt nie próbował. Bo o ile motywowanie się (czyt. pochłanianie kolejnych treści mających zmotywować Cię już na zawsze) jest łatwe, o tyle kształtowanie nowych nawyków wymaga wysiłku. Ale nawyki mają tę przewagę, że nie czekają na dobry moment, przypływ weny, odpowiednie warunki. Sprawiają, że robisz to, co jest do zrobienia, bez analizowania jak bardzo Cci się nie chce czy wymyślania wymówek, dlaczego dzisiaj naprawdę nie dasz rady. 

    Dobra wiadomość jest taka, że samodyscypliny można się nauczyć. Im dłużej trenujemy swoją silną wolę, im dłużej budujemy nawyki, tym stają się łatwiejsze. Zła wiadomość to ta, że nic się samo nie zrobi.


 Jak zacząć? Najlepiej od zdrowego rozsądku i odrobiny dystansu: 

 
  • Przestań myśleć, że nic się nie da zrobić z faktem, że ci się nie chce. 
 
  • Pomyśl za to, ile tak naprawdę tracisz czasu i energii na odkładanie pracy na później i wynajdowaniu sobie zajęć zastępczych. Czasami wystarczy sobie to uświadomić. 
 
  • Nie oszukuj się – długie godziny spędzone na oglądaniu filmików motywacyjnych nie pomogą. Naprawdę. 
 
  • Zrób plan: podziel pracę do wykonania na najmniejsze odpowiadające Ci zadania, rozpisz je na konkretne dni (godziny albo tygodnie, jeśli potrzebujesz) i codziennie notuj postępy, odhaczaj małe zwycięstwa. Niech to będzie choćby pięć minut w skupieniu nad tym, za co nie mogłeś się zabrać od lat. 


  • Ale nie próbuj zmienić od razu całego swojego życia, zacznij od czegoś prostego. Jeśli chcesz i zdrowiej jeść, i więcej ćwiczyć, i efektywniej pracować, a do tego jeszcze może rozwinąć nowe hobby, więcej odpoczywać, spać, czytać, podróżować, więcej czasu spędzać z przyjaciółmi… Wszystkiego się po prostu nie da. Przynajmniej nie od razu.


  • Co masz zrobić, zrób rano. Nie dość, że z biegiem dnia rośnie zmęczenie, to jeszcze pojawia się stara jak świat pokusa „zacznę od jutra”. A jutro nigdy nie nadchodzi. 


  • Jeśli raz powinie Ci się noga, nie rzucaj od razu wszystkiego. Następnego dnia wróć na właściwe tory, idź zgodnie z planem. Jedna skucha to jeszcze nie taka wielka tragedia.